O hodowli

Pan Bóg zmarkotniał, gdy patrząc na Ziemię,
na to co stworzył (a stworzył niemało),
stwierdził ze smutkiem, że to ludzkie plemię,
to Mu się jednak nie bardzo udało.
W tyglu tworzenia Anioł pomocniczy
być może mieszał nie tak jak należy,
być może dodał za dużo goryczy,
albo surowiec nie całkiem był świeży...
W sumie rezultat był raczej dość mierny,
Pan Bóg chciał wszystkich potopić i wylać,
ale i tutaj wynik był mizerny,
bo się pospólstwo nauczyło pływać.
Cóż było robić? Bóg zaczął na nowo
i postanowił coś lepszego stworzyć,
już wiedział: teraz nie wystarczy SŁOWO
bo do stwarzania trzeba się p r z y ł o ż y ć.
Więc - co najlepsze miał jeszcze w zapasie
zestawił zgrabnie, a gdy był już gotów,
tchnął iskrę życia i po jakimś czasie
stanęła przed Nim parka małych kotów.
I wnet weselej zrobiło się w Niebie,
a Bóg na Ziemię już prawie nie patrząc,
powiedział cicho i tylko do siebie:
- Może od tego należało zacząć?

Franciszek Klimek

 

Kierowana tą prawdą zawsze miałam w domu koty. Były to zwykłe europejskie futrzaki różnej płci i koloru. Pierwszy kot w Naszym domu jakiego pamiętam, to Maciek. Wielki arlekin o jeszcze większym sercu. Układałam go w wózeczku dla lalek, przykrywałam kołderką, i woziłam przez pól dnia. Maciek był mądry,grzeczny, posłuszny i cierpliwy dlatego biegł na siku dopiero jak zdjęłam kołderkę :). Ojjj, wymordowałam go na wszelkie dziecięce sposoby. Musiał uczestniczyć we wszystkich moich przyjęciach dla lalek, a ja go karmiłam małą łyżeczką,, kaszą manną ze śniadania. Czasami ta kasza była z masłem, więc jadł chętnie, ale czasami z jakimś sokiem owocowym, i wtedy musiałam tłumaczyć kotu, że to bardzo smaczne i zdrowe. Ponieważ jak wspominałam, Maciek był bardzo mądry, i doskonale mnie rozumiał, to zjadał w końcu tę "zdrową" kaszkę. Ten mój ukochany kot był z nami 12 lat, aż pewnego dnia nie wrócił do domu :'(. Do dziś nie wiem co się z nim stało . Oprócz kotów były też psy, chomiki, myszki, niezliczona ilość młodych kawek , a nawet wiewiórka. Czyli jak to w normalnym domu powinno być :).

Teraz oprócz Maine coon-ów mieszka u nas europejska pingwinka o imieniu Dziewczynka. Jest już bardzo stara, bo przygarnęłam ją w 1995r. jako dorosłą kotkę, jednak trzyma się doskonale. Z powodu jej choroby zaczęła się moja przygoda z kotami rasowymi, a konkretnie z MCO. Kiedy Dziewczynka miała 14 lat zachorowała na raka sutka. Bez względu na wiek kotki i związane z tym ryzyko, trzeba było wyciąć skorupiaka. W czasie operacji okazało się jednak, że nie jest tak dobrze, jak to wyglądało podczas badania. Trzeba było usunąć całą listwę mleczną oraz dwa węzły chłonne. Kota jednak nad wyraz dobrze zniosła zabieg, i pozostało tylko mieć nadzieję, że nie będzie przerzutów. Gdzieś tam jednak w głębi duszy byłam przygotowana na jej odejście i zaczęłam nieśmiało się rozglądać za nowym kotem, bo wiadomo, że dom bez kota to tylko mieszkanie :(. Pojechałam więc na wystawę , tak tylko porozglądać się i …....tak to się zaczęło :).

 

Moje koty są traktowane i rozpieszczane jak małe dzieci, eeee tam, lepiej, bo my sobie kogutka z rosołu nie zjemy :(. Dzieciaki często się skarżyły, że jedzą gorzej od kotów :).

 

Futrzaste mają do dyspozycji cały 250-cio metrowy dom i 30-to metrową wolierę. Mogą chodzić sobie po całym domu i hasać po dworze, nawet zimą, bo mają w tym celu drzwiczki w ścianie.

 

Kotki i kocury w mojej hodowli przebadane są pod kątem HCM, SMA, PKD, FIV/FeLV z wynikiem negatywnym oraz co najmniej raz w roku przechodzą badanie serca (echo).

 

Wszystkie moje pociechy od 4-go tyg. życia uczone są jedzenia surowego mięsa a później BARF-a. Oczywiście potrafią też jeść suchą karmę.